piątek, 26 grudnia 2014

01.


Marlena:

Nie mogłam doczekać się tego dnia. Gdy rano się obudziłam czułam miłe kłucie w żołądku. W głowie kręciło mi się od mnożących myśli, a nogi zachwiały się pod moim ciężarem gdy opuściłam moje łóżko. Pod oknem umieściłam wczoraj wszystkie rzeczy na dziś. Spakowany kufer oraz ciepłe buty. Było dziś naprawdę nienagannie, bo słońce mocno świeciło, ale ciemne chmury jak zawsze musiały źle wpływać na nastrój mamy. Kazała mi wziąć dziś płaszcz i półbuty z dodatkowym ociepleniem w środku.
Gdy zeszłam na dół niemal czułam gęstą atmosferę, która panowała w naszej kuchni. Mama jadła za dwóch, jakby gdzieś jej się śpieszyło. Usiadłam obok niej i spojrzałam rozbawiona na podwójne porcje jajecznicy, które wkładała do buzi. Sama nałożyłam sobie ją na talerz.
Mama skończyła jeść i bez słowa wyszła na zewnątrz. Wygładziła jeszcze swoją bladoróżową spódnicę, na której nie widziałam ani jednej zmarszczki. Jej zachowanie wydało mi się odrobinę dziwne, jednak zignorowałam to całkowicie pochłaniając się dzisiejszemu szczęściu. Hogwart był przecież tak blisko, a przez cały rok musiałam trzymać się z daleka od magii! Moi rodzice się rozwiedli, a ja musiałam spędzać dni raz u mamy, raz u taty. Nie chciałam zawieść ani jednego ani drugiego, a ponieważ oboje byli czarodziejami postanowiłam o magii w ogóle nie wspominać. Zresztą nie miałam się czym chwalić, bo moje stopnie nie były aż tak pokaźne.
     – Skarbie! – rozległ się głos mamy. Nie byłam jeszcze ubrana więc w ekspresowym tempie odbyłam całą tą poranną krzątaninę. W ciepłym ubraniu, które mi przygotowała weszłam do naszego starego auta. Kiedyś żartowaliśmy z tatą, że nigdzie tym nie pojedziemy. Byłam taka szczęśliwa, bo nawet się nie spodziewałam, że te chwile będą mi kiedyś aż tak dalekie.
Gdy mama się zatrzymała, a my przecisnęłyśmy się przez tłum mugoli nadszedł czas na pożegnanie. Złożyła na moim policzku mokry pocałunek, który miałam ochotę jak najszybciej zetrzeć.
     – Pamiętaj o dobrej kulturze – zabrzmiało to jak przestroga, jednak mama uśmiechała się delikatnie.
     – Oczywiście, będę mamo. – obiecałam jej kiwając głową. Nie chciałam jej zostawiać, ale jednocześnie tak bardzo tęskniłam za tymi wszystkimi... Westchnęłam przypominając sobie o jeszcze jednym.
Remus Lupin żałośnie przepychał się przez tłum razem z resztą Huncwotów. Za nimi szły dziewczyny: Lily i Dorcas ciągle marudząc coś pod nosem. Mama otaksowała całe to towarzystwo nieprzyjemnym i bezuczuciowym spojrzeniem. Wiedziała, że się z nimi przyjaźnię. Przełknęłam głośno ślinę.
     – Proszę cię, Marleno. Chyba tam do nich nie pójdziesz? – mama właśnie obserwowała Syriusza Blacka, który machał do nas energicznie. Wbiłam spojrzenie w swoje buty.
     – To moi przyjaciele – mruknęłam prawie niedosłyszalnie. Mama parsknęła cichym śmiechem.
     – Och, dziecko! Nie pleć takich rzeczy. Idź, już. – dodała nieprzyjemnie. Zimno, które było w jej palcach przeszło na moje plecy tworząc solidny dreszcz. Czułam go na sobie tak długo aż nie zaspokoiło go spojrzenie miodowych oczu.
Remus patrzał na mnie z miłym uśmiechem. Nie wiedziałam czy mama nadal mnie obserwuje, ale szczerze mówiąc wcale mnie to nie interesowało.
     – Cześć. Gdzie twoi rodzice? – spytałam z uśmiechem opuszczając jego ramiona. Lekko rumiany odpowiedział:
     – Nie ma ich tu.
Nie chciałam pytać, a Remus chyba wolałby nie odpowiadać. Zostawiliśmy to i przywitaliśmy się z resztą. Zatrzymałam się przed Jamesem. Chłopak szczerzył się do mnie, ale ja za nim nie przepadałam.
     – To ostatni rok, błagam cię – spojrzał na mnie, a ja uległam. Uśmiechnęłam się do niego niezbyt szczerze i uścisnęłam.
Wszyscy zajęliśmy jeden, duży przedział. Peter, który dotychczas pokazywał się jedynie z tyłu zajął miejsce między Syriuszem, a Jamesem. Nie był to dobry pomysł, bo chłopcy ciągle mu dokuczali. Lily ostrzegła ich, że jeśli będzie tak dalej to wszystkie sobie pójdziemy. Przestali.
     – Grajmy w coś! – jęknęła Dorcas, której brakowało wspólnych towarzyskich zabaw. Ja i reszta grupy również jęknęliśmy, bo nikomu nie chciało się z nią grać. Chwilę później wszyscy toczyli rozmowy, a w przedziale zrobiło się gwarno.
     – Marleno, jak minęły ci wakacje? – Remus posadził kształtny podbródek na pięści i oparł ją na swoim kolanie przybierając zaciekawioną pozę. Zrobiłam tak samo, a gdy nasze twarze znalazły się blisko siebie uśmiechnęłam się lekko.
     – Nie powiem, że dobrze – odparłam wzdychając. – A jak u ciebie?
     – Farma. Trzoda. Babcia Judy. – mruknął również się uśmiechając. Zachichotałam.
     – Chyba nie zwiastuje to nic dobrego. – powiedziałam. Pokiwał w milczeniu głową. Rozmowa się nie kleiła, ale jakoś znosiłam tą ciszę, którą co chwilę rozdzierał ziew, któregoś z nas. Myśl o wznowieniu tej rozmowy wydawała mi się nieadekwatna.
Straciłam ochotę na to by w ogóle otwierać usta, pogrążyłam się we własnych myślach.

Dorcas:

  Od czasu do czasu spoglądałam na Syriusza, a gdy zauważał, że go obserwuję robiłam się czerwona. Od zawsze byłam w nim zakochana i nawet nie śmiałam tego ukrywać. Chyba on już sam się domyślił, poza tym wiele dziewcząt szaleje za nim. Uważają go za nonszalanckiego i przystojnego chłopaka, co ja całkowicie popieram. Tylko, że... Dziwnie się czuję rozmawiając z nim. Jakbym mu jeszcze do końca nie ufała. Lily i Marlena zrobiły to bez problemu i są mu jak siostry. Wszystko ma związek z moim dojrzewającym sercem, które nigdy nie jest mi posłuszne. Bezwstydnie robi akrobacje, gdy Syriusz jest w pobliżu. Czasem mam ochotę sparaliżować je po prostu, by ugrzęzło gdzieś w czasie.
     – Ejże, Dorcas! – zawołała Lily trącając mnie lekko łokciem. Widocznie przysnęłam, bo powieki wydawały mi się być takie ciężkie. Uniosłam je z trudem przywołując obraz. Twarz mojej przyjaciółki była rozmazana, jak wszystko wokół.
     – Co się stało? – zapytałam pocierając palcami o oczy. Obraz powrócił.
     – Zasnęłaś! – Marlena z wyrzutem ucięła mnie spojrzeniem. – Czy coś jest nie tak?
     – Dokładnie, nie wyglądasz za dobrze – mruknął fachowo James przypatrując mi się z przymkniętymi oczami.
     – Jak to? Jestem w doskonałej formie! – zaśmiałam się nerwowo. Syriusz również nie wyglądał na rozbawionego.
     – Co się tak dziwnie patrzycie? – zapytałam. I nagle zdałam sobie sprawę. Na mojej koszulce widniała ogromna plama. Zawstydzona spojrzałam na Lily, później na Marlenę. Nie miałam odwagi spojrzeć w przeciwną stronę, na Syriusza i pozostałych chłopaków.
     – Zwymiotowałaś przez sen – powiedziała Lily bardzo cicho patrząc na mnie z żalem.
     – Wiem co zrobiłam! To ohydne! – krzyknęłam głośno czując łzy spływające mi po policzkach. I nagle...
      – Dorcas! Dorcas! Obudź się!
Otrząsnęłam się rozcierając oczy. Szybko spojrzałam na moją koszulkę. Nie było na niej żadnej plamy, a ja nie płakałam.
     – Hm?
     – Jesteśmy! Już jesteśmy! – przede mną stał Syriusz w czarnej szacie. Pokiwałam szybko głową. Nie byłam ubrana. Gdy wyszedł wcisnęłam się w szatę wciąż myśląc o okropnym śnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy